Ja i mój pies

Po paru miesiącach od przeprowadzki mogę śmiało stwierdzić, że zwierzęta mają większy stopień adaptacji niż może się wydawać. Mój trzyletni malamute zadziwił mnie. Od szczeniaka przebywał na wsi. Pies z gatunku tych które potrzebują dużo ruchu. Wielkie ogrodzone podwórko i nieograniczona przestrzeń pól. Nie wraca puszczony wolno więc nie korzysta często z tego dobrodziejstwa. Zmiana na czterdzieści metrów kwadratowych na trzecim piętrze, w ścisłym centrum Krakowa.

Stare miasto ma to do siebie, że ciągle jest ruch. Inne psy widywał przez siatkę. Teraz prowadzony na smyczy widuje najróżniejsze rasy. Początkowa agresja. Socjalizacja na wybiegu. Codzienny spacer na smyczy obok największego wolnego wybiegu. Krakowskie Błonia. Niespokojny widząc psy biegające wolno. Kilkanaście takich spacerów i przestał zwracać uwagę. Na wybiegu agresywny do psów które wykazują agresję. Mniejsze psy reagują tak często kiedy się boją. Po kilkunastu próbach, ignoruje te które nie chcą się z nim bawić. Często jestem zaczepiana. Ludzie reagują zachwytem na tak pięknego husky. Przestałam ich poprawiać. Przypadki kiedy zwracają uwagę jaki jest biedny, trzymany w mieszkaniu. Też się często nad tym zastanawiam. Nie wygląda na chorego.

Codziennie pokonujemy trasę ośmiu kilometrów, do pracy iz powrotem. W biurze po przeżytym szoku, że to nie jest mały piesek wszyscy go polubili. Wykazuje małą aktywność bo śpi. Chyba, że biorę smycz do ręki. Zaskoczył mnie, że nie sprawia problemów. Wiem, że jest wymagający, że potrzebuję dużo uwagi i kiedy zajmę się pracą zapominam z nim wychodzić. Leżał 11 godzin obok biurka i nie wołał żeby wyjść. Ja sama byłam w szoku, ale to wyjątkowa sytuacja. Czasami też myślę, że ta wielka kudłata kulka zasługuję na więcej. Choć poświęcam czasami mój sen żeby iść o szóstej rano na wybieg. Ale czy nie chodzi o to żeby być po prostu szczęśliwym?